Quiet quitting, czyli jak odejść z pracy nie rezygnując z niej?

Nie da się ukryć, że termin „quiet quitting jest hitem ostatnich miesięcy. Przynajmniej w Polsce, ponieważ w takich Stanach Zjednoczonych ciche odchodzenie z pracy trwa już przynajmniej od jakiegoś czasu. Ale zastanawiałeś/zastanawiałaś się nad tym, jak to jest, że w pewnym momencie ma się już dosyć ambitnych projektów i po prostu decyduje „jedynie” wypełniać swoje obowiązki?

Wydaje mi się, że taka postawa jeszcze kilka lat temu byłaby nie do pomyślenia. No bo przecież jak to tak?! Rozwój osobisty, plany, projekty coraz bardziej
zaawansowane i do tego jeszcze ta możliwość pochwalenia się w social mediach, że właśnie pracuje się (nic, że tylko przez kilka tygodni) z fantastycznymi ludźmi z firmy XYZ (tutaj wpisz albo wypowiedź nazwę dowolnego giganta ze swojej branży) to naprawdę powód do dumy. I wybacz mi w tym miejscu małą
złośliwość, ale wiele lat prowadzenia własnej działalności w naszym kraju nauczyły mnie, że czasem zamiast niesamowitych projektów na tydzień-dwa, lepiej mieć kilka zleceń, które zapewnią dopływ gotówki, żeby zapewnić sobie bazę. Na rachunki, wypłatę dla siebie, itp. Ja tak mam i w taki sposób działam – jeśli baza jest zapewniona to można szaleć i realizować naprawdę szalone plany. Jeśli jednak Ty masz inaczej to, oczywiście, nic złego się nie dzieje.


Czym jest quiet quitting? 

Wiesz, najprościej byłoby po prostu przetłumaczyć nazwę…Ciche odchodzenie, ponieważ tak nazywa się to zjawisko po polsku. Zostało ono zapoczątkowane w Stanach Zjednoczonych, ale, jak już pewnie się domyślasz, trend ten staje się bardzo popularny w wielu innych krajach na całym globie.

Quiet dumping – inne wyrażenie oznaczające właściwie to samo, czyli „ciche porzucenie”- to nic innego niż wypełnianie swoich obowiązków na minimalnym wymaganym poziomie. Coś jak należyta staranność, którą opisywałam Ci we wpisie na temat stawiania sobie poprzeczki zbyt wysoko. Jeśli go nie pamiętasz to link do niego znajdziesz poniżej.


A może masz za wysoko poprzeczkę? O odkładaniu rzecz inaczej…

https://nieodwlekaj.pl/a-moze-masz-po-prostu-za-wysoko-poprzeczke-o-odkladaniu-rzeczy-inaczej/ 

Oznacza to mniej więcej, że pracownik, który postanowił zrezygnować z dodatkowych ambicji,  inwestuje swojego czasu, wysiłku, a niekiedy również entuzjazmu, w wykonywanie obowiązków jedynie do poziomu, do którego wymaga się tego od niego w umowie. Tylko to, co trzeba i do widzenia. Czyli na przykład nauczyciel wyznający trend quiet quitting skupiałby się na przygotowaniu do zajęć, poprowadzeniu ich, przygotowaniu sprawdzianów i sprawdzaniu ich w ramach czterdziestu godzin pracy tygodniowo. Bez angażowania się w wycieczki, wymyślania projektów i ich realizacji, dotowania szkoły, rozmów z rodzicami w czasie wolnym i jeszcze wielu innych czynności, które przedstawiciele tego zawodu wykonują w czasie nieprzeznaczonym na  pracę.

I tak, wiem, przykład wybrałam sobie nieco ekstremalny, ale chyba bardzo przemawiający do wyobraźni większości z nas. I zanim zaczniesz sarkać, że „nauczyciel to tylko dwadzieścia godzin tygodniowo i dwa miesiące wakacji” to wiedz, że akurat pod tym względem nie masz racji. A jeśli nie wierzysz to spróbuj zrozumieć, że większość tego, co dzieje się na lekcjach ktoś musiał kiedyś wymyślić, opracować i spisać. To też jest praca i za nią również należy się wynagrodzenie.


Jak działa ciche odchodzenie?

Ok, była dygresja, więc pora wrócić do naszego tematu. Zdajesz sobie zapewne sprawę, że trend quiet quitting niepokoi znaczną część kadry zarządzającej. Nic dziwnego: wcześniej mieli oni do czynienia z osobami, które w ramach pracy dla kogoś i w nadziei na takie wymierne korzyści, jak na przykład awans, decydowały się na wykonywanie wielu innych czynności, które nie widniały w kontrakcie. Ale nie tylko brak chętnych do wzmożonej pracy jest tutaj problemem. Zauważono bowiem, że quiet quitters nie wykazują również chęci do zaangażowania się w czynności, które możemy spokojnie nazwać zachowaniami obywatelskimi w miejscu pracy. Chodzi tutaj o na przykład zostawanie później w pracy, przychodzenie wcześniej lub przychodzenie na spotkania, które nie są oznaczone w kalendarzu jako obowiązkowe. Nie ma również zaglądania do skrzynki mailowej poza godzinami pracy, odbywania rozmów telefonicznych z pracodawcą lub kolegami z pracy, nie ma również miejsca na odbywanie nadgodzin. A wszystko to dlatego, żeby zrównoważyć czas przeznaczony na pracę z tym, który chcemy inwestować w swoje pasje, relacje z innymi osobami.

Reakcja ze strony pracodawców amerykańskich na tego typu zachowania była różna. I, jak możesz się domyślać, tamtejsza kadra zarządzająca podzieliła się na dwa obozy. Niektórzy za bardzo się nie przejęli, ponieważ tamtejszy rynek pracy był na tyle rozbudowany, że spokojnie pozwalał na zastąpienie tych, którzy postanowili cicho odejść, innymi osobami. W drugim obozie byli jednak menadżerowie, którzy zdecydowali się na zwolnienie – ciche i głośne (chyba mogę tak to nazwać, żebyś zobaczył/zobaczyła różnicę). Poza tym, zauważ, że samo „ciche zwolnienie” (quiet firing) stało się terminem samo z siebie i oznacza, że nasz pracodawca stara się uczynić naszą pracę tak beznadziejną i niewartościową, że decydujemy się zrezygnować z niej samodzielnie.

Jeśli kręcisz w tym momencie głową, stwierdzając, że „czego to ludzie nie wymyślą”, musisz wiedzieć, że tylko w Stanach Zjednoczonych ponad 50% quiet quitters jest po prostu niezadowolonych z wykonywanej przez siebie pracy. Szczególnie jest to widoczne wśród osób poniżej 35 roku życia. Ok, wiadomo, inne pokolenie, inne doświadczenie, inne priorytety, zostawmy to. Ale jednak coś jest na rzeczy.


Pora na historię z życia

Moje wpisy blogowe zazwyczaj buduję na podstawie historii, które naprawdę się wydarzyły. Nie inaczej jest tym razem, dlatego poznaj Zosię.

Zosia jest lekarką i to reprezentantką dziedziny, która jest niezwykle ważna dla wielu z nas, ponieważ diagnozuje i rozpoznaje materiał, który pobierany jest w trakcie różnego rodzaju biopsji. Muszę w tym miejscu zauważyć, że bardzo ją podziwiam za jej dorobek zawodowy. Jest ona bowiem wysokiej klasy specjalistką, ma ogromne doświadczenie i dużą wiedzę. Naprawdę chylę czoła przed tym, co robi i w jaki sposób wykonuje swoją pracę.

Musisz jednak wiedzieć, że to nie jest tak, że Zosia jest na każdym etapie swojego życia zawodowego szanowana, ma jakoś lepiej, ponieważ jest lekarką i to w dodatku kimś, kto jest VIPem w swojej dziedzinie. Nie jest tak, a powodów do tego jest bardzo wiele. Począwszy od tego, że są ludzie, którzy po prostu jej zazdroszczą osiągnięć i z tego powodu starają się zrzucić na nią najbardziej skomplikowane i pochłaniające czas sprawy. Po drugie dlatego, że system opieki zdrowotnej jest taki, a nie inny, a jednak Zosia chce żyć tak, żeby jej niczego nie brakowało. I nie oszukujmy się, jest to jak najbardziej zrozumiałe,
ponieważ każdy z nas chce być odpowiednio wynagradzany za swoją pracę, w szczególności jeśli z jej wykonywaniem wiążą się lata nauki, zdobywania
doświadczenia i dokształcania się na naprawdę kosztownych kursach. Ja to doskonale rozumiem, ponieważ podobnego szacunku finansowego do moich
umiejętności również wymagam i nie widzę powodu, dla którego miałabym tego nie robić.

Ale wracając do Zosi. Ze względu na to, że pracuje ona na kontraktach, mogła i chciała zatrudnić się w wielu podmiotach. To w sumie wynikało również z jej
specjalizacji, ponieważ osób ją wykonujących w Polsce i na świecie jest niewiele. To niosło za sobą sporo pracy, spraw, interakcji międzyludzkich i „bujania się” z systemem, który jaki jest, wiemy wszyscy. I niestety, ale muszę to stwierdzić, w pewnym momencie Zosia stwierdziła, że nie da rady tak dalej, że coś musi się zmienić w swoim życiu zawodowym, bo jest bardzo nie tak. Po części, przyznaję się do tego otwarcie, przyczyną tego postanowienia było również to, że pewnego dnia powiedziałam jej, że kiedy mówi o pracy, bardzo mocno się spina, jest nieszczęśliwa, wzdycha z rezygnacją. Tak jakby to, co jest jej ogromną pasją, było dla niej jednocześnie wielkim ciężarem.

Zosia wzięła sobie to do serca i postanowiła cicho odejść. Wykonuje swoje obowiązki na standardowo wysokim poziomie, jednak nie przynosi pracy do domu. Pozwala sobie na krótsze i dłuższe wakacje, w trakcie których nie odbiera telefonu. Kończy pracę o standardowych godzinach, ponieważ wie, że w domu czekają na nią równie ważne sprawy.

Tak pokrótce przedstawia się historia Zosi. Odkryłeś/odkryłaś już, jaki morał z niej płynie? Dla mnie jest on prosty i przedstawia się następująco: poza pracą
też jest życie, walka o to, żeby mieć dobre relacje z innymi osobami, żeby cieszyć się dobrym zdrowiem. I napiszę Ci jeszcze to, co niedawno powiedziała mi jedna osoba, z którą rozmawiałam: każdy z nas ma inną drogę, ale koniec jest taki sam i to nie o ten koniec chodzi, ale o drogę.


Wyszło filozoficznie

Fakt, troszkę filozoficznie i moralizatorsko, ale quiet quitting po części wziął się właśnie z takiej specyficznej postawy życiowej, w której to nasz work-life balance jest ważniejszy od realizowania coraz to trudniejszych wymagań ze strony pracodawcy. Przy czym chciałabym w tym miejscu zaznaczyć, że quiet quitter nie ma na myśli tylko i wyłącznie rzucenie etatu, ale takie pogodzenie pracy z życiem osobistym, żeby to jednak prywatne sprawy były tymi bardziej istotnymi. Rozumiem to i doceniam. Szczególnie w obliczu tych wszystkich zatrważających historii o tym, jak to ludzie potrafili pracować po 16 godzin każdego dnia i jeszcze zastanawiać się, czy to nie za mało.

Ja sama zresztą znam osobę, która potrafiła codziennie podróżować niemalże 3 godziny w jedną stronę do pracy, pracować 8 godzin i następnie wracać kolejne 3 do domu. Czyli jakby nie było 14 godzin w plecy. I owszem, ta osoba mogła pochwalić się doskonałym CV, podróżami po najciekawszych zakątkach świata, tylko jakoś jej życie osobiste jawiło się jako pasmo porażek; krótkich związków, które nie wytrzymywały tego, że znów trzeba było zostać w pracy. Oczywiście, w żaden sposób nie chcę krytykować takiego stylu życia, każdy układa je sobie tak, jak jest mu wygodnie, jednak chciałam pokazać Ci na przykładzie jak to wygląda. I jak może wyglądać, kiedy tego zdrowego dystansu pomiędzy pracą i życiem osobistym jednak nie ma.

Drugi przykład, podobny zresztą do pierwszego, dotyczy osoby pracującej na kilku etatach. Muszę przyznać, że sposób pogodzenia kilku prac z jednej strony doprawdy wzbudzał podziw. Wiesz, coś na zasadzie: jedną ręką piszę, a drugą podpisuję. Jednak u mnie wzbudziło to troszkę niepokoju, ponieważ nie za bardzo umiem uwierzyć, że taki system pracowania pozwolił na wykonanie zawodowych czynności nawet na poziomie wspomnianej już wcześniej przeze mnie należytej staranności. No i teraz wyobraź sobie, że ktoś taki, przerzucający zadania z jednej roboty do drugiej, postanowi się z Tobą związać. 

Jak to wygląda w Twoich oczach? W moich trochę słabo. Podobne odczucia miało kilka innych kobiet, które nie zdecydowało się na związek. Pytasz o samego zainteresowanego? Uznał, że wszystko jest ok i że da radę w swój niezwykle mocno wypchany grafik wepchnąć także i związek.


Na zakończenie

Nie chcę tutaj wypaść na guru zen, specjalistkę od well-beingu, ponieważ mnie również czasem zdarza się gasić pożary. Pomyślałam sobie, że podzielę się
jedynie swoją opinią na temat zjawiska, przed którym drżą managerowie i spece od HR w wielu krajach, od niedawna również i w Polsce. W wielu artykułach spotkałam się również z przyganą, nawet taką nie wyrażoną wprost, że jak to tak bez zapierniczania chcecie wy młodzi żyć?! A może jednak to pokolenie Z ma trochę racji w tym, że nie zawsze warto jest spędzać całego dnia w pracy i gonić za czymś, co jest jedynie znakiem na horyzoncie.

Pozostawiam Cię z tym do przemyślenia i bardzo chciałabym wiedzieć, jaka jest Twoja opinia na ten temat.


Do następnego razu!

Ania